Lek na zranienie życia – Rozmowa z Philippe Madre

Rozmowa z Philippe Madre, francuskim psychiatrą i członkiem Wspólnoty Błogosławieństw.

Rozmowa z Philippe Madre

Rozmowa z Philippe Madre

Pisze pan, że zranienie życia przejawia się m.in. fałszywym, aczkolwiek niezwykle bolesnym poczuciem osierocenia przez Boga. Dlaczego człowiek czuje się opuszczony przez Boga?

Zranienie życia dotknąć może zarówno ludzi wierzących w Boga, jak i niewierzących. Ci ostatni nie mają poczucia, że są osieroceni przez Boga, lecz cierpią z powodu zwątpienia w samego siebie. W ich życiu stało się coś, najczęściej w okresie dzieciństwa czy młodości, o czym mogą nawet wcale nie pamiętać, co dotknęło samego korzenia ich istoty, o wiele głębiej niż sfera psychologiczna. Zranienie życia jest zjawiskiem szczególnym, którego sama psychologia nie jest w stanie poprawnie zdiagnozować. Mówię to, sam będąc psychiatrą. Człowiek ma przekonanie, że jego życie nie ma żadnej obiektywnej wartości i że nie jest on w stanie sprostać zadaniom, jakie przed nim stoją. Żyje w poczuciu zwątpienia w samego siebie i zamyka się w samotności, którą nazywam samotnością szkodliwą. Myśli, że nikt nie jest w stanie z owej samotności go uwolnić, a skoro tak, może niszczyć własne życie, może robić z nim wszystko, co najgorsze, ponieważ i tak nikogo to nie obchodzi i nikt nie może mu pomóc. Może zacząć dopuszczać się wręcz czynów moralnie najgorszych, ale nie żałuje tego, ponieważ w swoich własnych oczach jest zerem. Jest to rodzaj skazania się na śmierć. Tak w skrócie można opisać, czym jest zranienie życia. Jednak człowiek nim dotknięty najczęściej nie rozumie tego, co się z nim dzieje.

Człowiek czuje się skazany na śmierć, lecz kto go na tę śmierć skazał: on sam, jego otoczenie, społeczeństwo?

Charakterystyczne dla zranienia życia jest to, że jedynym odpowiedzialnym za owo skazanie na śmierć jest człowiek sam dla siebie. Jakiś szczególny czynnik traumatyczny doznany w dzieciństwie może spowodować, że włącza mechanizm ucieczkowy i sam decyduje się na wybór zachowań przeciwko życiu. Nazywam to ucieczką w duchową śmierć, inaczej wyborem nie-życia. Bardzo mocno podkreślam zawsze znaczenie Miłosierdzia Bożego, które przychodzi dotknąć zranienia życia w człowieku – oczywiście, jeśli człowiek mu na to pozwoli. Miłosierdzie Boże nie tyle uzdrawia człowieka, ile dokonuje w nim duchowego zmartwychwstania z wyboru śmierci. Człowiek zamyka się w czymś na kształt grobu w samym sobie i pozostaje tam dopóty, dopóki nie przyjdzie do niego ktoś, kto w imię Chrystusa poda mu pomocną dłoń.

Ucieczka w wybór śmierci, o której pan mówi, jawi się paradoksalnie jako coś łatwiejszego niż wybór życia. Człowiek zraniony ucieka przed życiem, a przecież do życia jest powołany, a nie do śmierci.

Tu właśnie najwyraźniej rysuje się różnica pomiędzy sferą psychologiczną a sferą duchową człowieka. Jeśli doznałem zranienia w sferze psychiki, będę się bronił przy pomocy tzw. mechanizmów obronnych, moja psychika będzie na różne sposoby podejmować walkę z cierpieniem. Kiedy zranieniem dotknięta zostanie sfera duchowa, czyli ta, w której mieści się tożsamość osoby ludzkiej w swojej godności, mechanizmy obronne nie istnieją. Zraniona sfera duchowa człowieka nie walczy o życie, lecz przyjmuje postawę negacji. Negacja samego siebie jest jedyną reakcją, jaką dysponuje człowiek w odpowiedzi na zranienie życia. Pojawia się zwątpienie w samego siebie oraz stopniowe rozwijanie się tzw. fałszywej tożsamości, np. homoseksualnej, nacechowanej agresją, depresyjnej czy wręcz o skłonnościach samobójczych. Wszystko to są tendencje i zachowania destrukcyjne bądź autodestrukcyjne.

Czy można powiedzieć, że zranienie życia stało się zjawiskiem społecznym przełomu XX i XXI wieku? Coraz częściej bowiem spotykamy ludzi przejawiających tendencje, o których pan mówi. Czy oznacza to, że mamy do czynienia z kryzysem tożsamości już nie tyle u pojedynczych ludzi, ile jest to jakiś niezwykle smutny przejaw naszych czasów?

Zranienie życia jest pojęciem stosunkowo młodym. Zaczęto je odkrywać i badać zaledwie około dziesięciu lat temu. Bez wątpienia występowało ono już wcześniej, lecz ewolucja naszych społeczeństw powoduje, że zaczęły coraz częściej pojawiać się pewne charakterystyczne czynniki traumatyczne – bowiem nie każdy czynnik traumatyczny wywołuje zranienie życia – które wcześniej należały do rzadkości, a obecnie stają się coraz powszechniejsze społecznie, np. w Europie nastąpił w ostatnich czasach gwałtowny wzrost przestępstw na tle seksualnym. Niestety, niechlubną rolę w ich mnożeniu się mają współczesne media, które szukają w nich sensacji i kierują uwagę zwykłych ludzi, szczególnie młodzieży, na zachowania dewiacyjne. Poza tym człowiek współczesny jest o wiele słabszy i bardziej podatny na zranienia w sferze własnej tożsamości niż pokolenia naszych dziadków i rodziców.

Dlaczego tak trudno jest współczesnemu człowiekowi odkryć swoją prawdziwą tożsamość dziecka Bożego?

Ponieważ odkrywanie swojej tożsamości dziecka Bożego przebiega najpierw przez odkrywanie sensu własnego życia, a to jest dosyć długi proces. Rozwój osobowy człowieka zakłada szukanie odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę jestem. Prawdziwa tożsamość implikuje zawsze pojęcie godności ludzkiej. Jan Paweł II w swoje teologii ciała ludzkiego bardzo wyraźnie podkreślał związek tożsamości i godności człowieka. Żyjemy obecnie w kontekście kulturowym, który prowadzi do systematycznego niszczenia ludzkiej godności. Media są swego rodzaju lustrem, w którym człowiek widzi samego siebie jako istotę zdegradowaną i poniżaną. To właśnie dlatego coraz trudniej jest mu dostrzec swoją własną godność, swoją osobistą wartość ludzką, a także wartość w oczach Bożych z racji bycia Jego umiłowanym dzieckiem. Od kilkudziesięciu lat zauważamy w krajach Zachodu, że wiele przypadków depresji ma źródła duchowe, a nie tylko przyczyny psychologiczne. Dzieje się tak dlatego, że media i kultura masowa wysyłają do nas kompletnie fałszywy, degradujący obraz istoty człowieczeństwa. Jeden z wielkich psychiatrów austriackich, nota bene wcale nie będący chrześcijaninem, Wiktor Frankl, nazwał to zjawisko homonkulizmem (skarłowaceniem).

Podkreśla pan, że jedynym lekarstwem na zranienie życia jest Miłosierdzie Boże. Czy naprawdę człowiek nie może poradzić sobie sam ze swoim duchowym cierpieniem?

Człowiek nie jest w stanie sam wyleczyć się ze zranienia życia nawet jeżeli bardzo tego pragnie, ponieważ tkwi on w czymś w rodzaju wewnętrznego więzienia. Musi przyjść ktoś, kto otworzy mu drzwi z zewnątrz. Psychoterapeuci próbują to robić, jednak poruszają się wyłącznie po sferze psychologicznej, a ich kompetencje nie sięgają sfery duchowej człowieka. Dlatego w przypadku zranienia życia nie są oni w stanie skutecznie pomóc. Jedynie Miłosierdzie Boże jest w stanie uwolnić człowieka ze zranienia życia poprzez posługę osób, które zechcą stać się narzędziami Bożego Miłosierdzia wobec swoich braci i sióstr. Wielu ludzi rozumie wciąż miłosierdzie jako odpuszczenie grzechów. To jest oczywiście także prawdą, ale miłosierdzie to coś znacznie więcej, ponieważ jest ono ściśle związane z pojęciem życia ludzkiego w jego pełnym wymiarze. Kiedy Jezus Miłosierny przychodzi dotknąć w człowieku jakiejś pogrążonej w śmierci sfery jego duszy, tzn. jakiejś sfery negacji samego siebie, wnosi do tej sfery duszy owoce zmartwychwstania wewnętrznego, odrodzenia w prawdziwej tożsamości.

Mówimy o zmartwychwstaniu duchowym, lecz pojęcie to bardzo trudno zrozumieć. Wiemy na ogół, że kiedyś zmartwychwstaną nasze ciała, ale dusza jest przecież nieśmiertelna, nie potrzebuje zatem zmartwychwstania. O co zatem tak naprawdę tutaj chodzi?

Oczywiście, dusza ludzka, w której zapisana jest tożsamość człowieka, została stworzona do nieśmiertelności. Człowiek ze zranieniem życia czuje się tak, jakby jakaś część jego duszy umarła, jakby zapadł wyrok potępienia na jego osobę: już nie jestem nic wart. Obecnie w naszym Stowarzyszeniu Matka Miłosierdzia pracujemy nad programem pomocy kobietom ze świata prostytucji w Brazylii. Kiedy zaczynamy z nimi rozmawiać, okazuje się, że najczęściej były w dzieciństwie ofiarami gwałtu czy molestowania seksualnego przez kogoś z rodziny lub z bliskiego otoczenia. Spowodowało to w nich utratę własnej wartości, a skoro tak, to bez znaczenia jest, co teraz będą robić z własnym ciałem, ponieważ, w ich pojęciu, ono i tak nie jest nic warte, można je dalej gwałcić, kaleczyć i poniżać.

Z tego, co pan mówi, wynika, że osoba ze zranieniem życia porusza się niejako w sferze kłamstwa na temat samej siebie. Czy można powiedzieć, że człowiek nie zawsze sam jest odpowiedzialny za całe zło, jakie czyni w życiu? Dochodzimy tu chyba do bardzo ważnego tematu misterium iniquitatis, o którym pisał także Jan Paweł II w swojej pt. Pamięć i tożsamość.

Tak, mamy tu do czynienia z problemem kuszenia człowieka przez szatana. Nawet jeśli człowiek jest w jakiejś mierze sam odpowiedzialny za powstanie w nim zranienia życia, najczęściej nie dopuścił on do niego świadomie ani dobrowolnie. To wewnętrzne zamknięcie się w sobie stało się niejako wbrew człowiekowi. Wynikającej stąd negacji życia nie można nazwać grzechem osobistym, ponieważ nie wybrałem tej sytuacji świadomie, nie był to grzech w rozumieniu wolnego aktu złej woli. Jest to raczej reakcja człowieka na zło, jakie zostało mu zadane i jakie go w pewnym momencie życia dotknęło. Człowiek niekoniecznie musi automatycznie zanegować całe swoje życie, może on zupełnie prawidłowo rozwijać się w pewnych sferach, podczas gdy jakaś część jego osoby pozostanie jak gdyby martwa. Pojawi się nawet świadomość tego, że coś się ze mną dzieje niedobrego, ale że jakbym w tej czy innej sferze zachowań nie był tak naprawdę sobą. Człowiek może być bowiem świadomy, że działa w nim fałszywa tożsamość, lecz nie umie sam się jej pozbyć.

Czy możemy mówić, że są to skutki grzechu pierworodnego?

Tak, grzech pierworodny pozostawił w człowieku podatność na zranienia duchowe i na reakcję negacji, jaka rodzi się po ich doznaniu. To jest straszna skłonność tkwiąca w każdym bez wyjątku człowieku, właśnie z racji obciążenia skutkami grzechu pierworodnego – skłonność do reakcji zanegowania własnej wartości i własnego życia, kiedy zostanie ono zranione w swojej godności i w swojej tożsamości.

Co jest wobec tego nadzieją dla człowieka noszącego w sobie zranienie życia?

Jeśli człowiek zraniony w swojej tożsamości zacznie szukać pomocy, wówczas pojawia się dla niego niesłychana wręcz nadzieja. W słowie „zmartwychwstać” mamy człon „wstać”, to jest nadzieja powstania z negacji, nadzieja wyjścia ze zranienia życia. Mało tego, człowiek może powstać do życia jeszcze lepszego i jeszcze piękniejszego niż przedtem, jego zdolności i potencjał mogą rozwinąć się o wiele intensywniej w kierunku dobra. Moim wielkim osobistym cierpieniem jest spotkanie z osobami, które ewidentnie noszą w sobie zranienie życia, lecz są niejako nieprzemakalne, nie chcą prosić o pomoc i każdą próbę pomocy odrzucają albo też idą szukać pomocy tam, gdzie jej nie znajdą: w sektach, w praktykach New Age czy u psychiatrów, którzy nie biorą pod uwagę duchowego wymiaru człowieka.

Gdzie zatem należy szukać pomocy, o jakiej pan mówi?

Odwiedzając Polskę, widzę, że jest w Waszym kraju bardzo wielu doświadczonych kapłanów i terapeutów, którzy prowadzą autentyczne życie duchowe, mają niesłychanie trafne wyczucie człowieka i którzy skutecznie pomagają innym. Z mojej strony mam im do zaproponowania pewną specyficzną formację w kierunku rozpoznawania i leczenia zranienia życia, która mogłaby bardzo ubogacić ich dotychczasowe doświadczenia. Formację tę prowadzimy już nie tylko we Francji, ale także w innych krajach Europy, w Kanadzie oraz w Ameryce Południowej. Myślę, że jest to skuteczniejsza droga pomocy człowiekowi niż doskonalenie terapii posługujących się jedynie narzędziami psychologicznymi. Wiele jest bowiem obecnie na tzw. rynku zdrowia propozycji terapeutycznych z pogranicza iluzji wyzdrowienia, terapii, które wręcz oszukują człowieka cierpiącego, ponieważ nie dotykają istoty jego problemów.

Mówił pan o swoim cierpieniu w spotkaniu z ludźmi, którzy nie oczekują pomocy. Chciałabym zapytać o Pana własną drogę do odkrycia swojego powołania niesienia pomocy osobom dotkniętym zranieniem życia.

Tuż po ukończeniu studiów medycznych ze specjalnością z psychiatrii poczułem powołanie do wstąpienia do Wspólnoty Błogosławieństw. Od samego początku przychodzili do mnie ludzie z rozmaitymi problemami. Stopniowo zacząłem odkrywać bogactwo posługi uzdrowienia wewnętrznego w Kościele. Jako lekarz zajmowałem się także osobami chorymi psychicznie. Zostałem poproszony przez Episkopat Francji do prowadzenia formacji przyszłych księży egzorcystów w zakresie rozpoznawania chorób psychicznych i zaburzeń psychologicznych. W ciągu całej tej praktyki stykałem się z przypadkami, których nie umiałem jasno określić pod względem psychologicznym i zacząłem zdawać sobie sprawę, że mam do czynienia z jakimś głębszym problemem. Były też przypadki osób, które nie przejawiały cech opętania przez złego ducha, a jednak ich cierpienie miało charakter wyraźnie duchowy. Wraz z moimi kolegami specjalistami, także z innych krajów, zaczęliśmy dochodzić do wniosku, że mamy do czynienia z zespołem, który nazwaliśmy zranieniem życia. Odkryliśmy też, jak wielkie znaczenie ma w tym przypadku Miłosierdzie Boże. Poczułem więc powołanie do założenia Stowarzyszenia Matka Miłosierdzia, które działa już we Francji od 25 lat i skupia specjalistów niosących pomoc osobom ze zranieniem życia. Staramy się ogarnąć każdą osobę szukającą u nas pomocy miłosiernym spojrzeniem samego Chrystusa.

Rozmawiała Lilla Danilecka

Artykuł ukazał się w dwumiesięczniku Głos Karmelu

Reklamy

Otagowane:

%d blogerów lubi to: