Jakiego księdza chcą ludzie? – Ks. Krzysztof Wons

Chcą księdza wierzącego

Chcą wiedzieć, że to co głoszę, nie jest truizmem. Czytają w moich oczach i patrzą czy naprawdę żyję w rękach Boga i czy wierzę, że On ciągle się mną zajmuje. Kiedyś poruszyła mnie notatka z dziennika duchowego Jana Pawła I. Medytując Izajasza, napisał:

jeśli przypadkiem Bóg, tam w niebie, ma stolik, to na Jego stoliku z pewnością jest moje zdjęcie; ciągle patrzy na nie.

Był krótko papieżem, do dzisiaj ludzie pamiętają jego iskrzący dobrocią wzrok, który przypominał o „oczach” Ojca. A co powiedzieć o naszym Papieżu z Wadowic!

Dokładnie tak jak oni

Ludzie czytają z mojego życia, czy ważna jest dla mnie modlitwa, Słowo Boże, Sakramenty i czy ważni są dla mnie oni sami, gdy się z nimi spotykam. Widzą też moje słabe dni, kiedy nie opieram się na Bogu, ale na sobie, kiedy zachowuję się jakbym nie wierzył. Nie gorszą się, rozumieją moją słabość, jeśli jej sztucznie nie ukrywam i nie gram innego niż jestem. Ważne jest jednak, że mają pewność, że ja też chodzę do spowiednika, kierownika duchowego, szukam kaplicy, otwieram Biblię… i rozpoczynam od początku, dokładnie tak jak oni. Ludzie dowiedzą się wtedy o wierze więcej z mojego życia niż z kazania. Imponuje mi ksiądz Henri Nouwen. Pod koniec życia napisał z autopsji: Jesteśmy grzesznymi ludźmi, którzy potrzebują tyle samo troski, co każda z tych osób, które zostały nam powierzone (…) Dlatego prawdziwa posługa musi być wzajemna. Gdy członkowie wiary nie mogą prawdziwie poznać i pokochać swojego pasterza, pasterzowanie staję wkrótce zakamuflowanym sprawowaniem władzy nad innymi ludźmi i nabiera charakteru autorytarnego i dyktatorskiego. Na tym polega siła posługi wierzącego księdza: wie że jest tak samo słaby jak inni, nieraz jeszcze słabszy i dlatego uczy się żyć w rękach Boga. Jakie to wsparcie dla innych – wierzący ksiądz!

Ale ojcem nikt się nie rodzi

Szukają w księdzu ojca. Tyle się mówi dzisiaj o potrzebie ojca. Ale ojcem nikt się nie rodzi. Ojcem się staje… albo nie. Nie tylko w sensie biologicznym, jeszcze bardziej psychicznym, moralnym i duchowym. Wspominam moje „ojcowanie” w seminarium salwatorianów. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że był to piękny czas, choć trwał zaledwie 3,5 roku. I nie znaczy to, że łatwy. Pamiętam, że kiedy prosto ze studiów jechałem do Bagna k. Wrocławia „na ojca duchownego”, po ludzku mówiąc, miałem strasznego pietra.

Tęsknota za odpowiedzialnym ojcostwem

Wiedziałem, że do kleryków wiozę ze sobą w głowie trochę zdobytej wiedzy, ale nie wiedziałem czy będę potrafił także schodzić po rozum do serca i czy sprawdzi się samo serce, czy nie będzie za ciasne, czy nawiążę kontakt bliski z chłopakami, czy będę potrafił się wsłuchiwać i pomagać. Czułem się jakbym wracał do nowicjatu. Wielu rzeczy uczyłem się od nowa. Muszę jednak powiedzieć, że był to dobry, bardzo dobry czas. Ostatecznie było to cenne doświadczenie, które „smakowałem” dopiero po czasie: móc towarzyszyć chłopcom dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku w ich odkrywaniu siebie, w przeżyciach, zmaganiach, radościach, w dochodzeniu do ślubów, do święceń. Najmocniej wspominam spowiedzi i rozmowy indywidualne, nieraz długie spacery z klerykami. Dziś lepiej widzę i moje trafne i błędne decyzje. Coraz bardziej odnajduję się bardzo w „ojcowaniu”, bo to przecież we mnie jedna z najgłębszych, ludzkich, męskich potrzeb. Rozumie też coraz bardziej sens celibatu. Jezus może odwoływać się do mojej potrzeby bycia ojcem w spotkaniach z ludźmi, a oni bardzo tęsknią za odpowiedzialnym ojcostwem.

Przyjmować i trwać

Odkrywam to szczególnie podczas mojej obecnej posługi w Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie. Cieszę się, że ludzie przyjeżdżają do nas jak do domu. Każdy z uczestników rekolekcji czy sesji formacyjnej w CFD to historia niepowtarzalna: są wśród nich świeccy, księża, siostry zakonne. Prowadzimy ich do modlitwy Słowem Bożym, to znaczy uczymy medytacji – jak słuchać Słowa, przyjmować i jak trwać w Słowie, tak, aby przenikało serce, oświecało, rozpalało i zmotywowało do nawrócenia i do smakowania nowego życia. To mogą wydawać się jedynie piękne słowa.

Mam jednak w pamięci i przed oczami konkretne twarze, osoby, które przyjechały do nas z pragnieniem spotkania Boga, albo dlatego, że sobie już nie radziły z nieporządkiem życia, z zagubieniem w powołaniu, z relacjami, przyjechały, bo brakowało im domu, to znaczy spotkań, w których ktoś ma dla nich czas, będzie ich słuchał, porozmawia z nimi nie tylko „o pogodzie” czy „o pracy”. Tak naprawdę nie robimy tutaj nadzwyczajnych rzeczy, a tymczasem dokonują się rzeczy wielkie. Staramy się być z nimi. Wtedy przeżywam radość z duchowego ojcostwa. To oni „rodzą mnie do ojcostwa”.

Ks. Krzysztof Wons

artykuł ukazał się w magazynie katolickim „Salwator”

Reklamy

Otagowane:, , ,

%d blogerów lubi to: