U Niego, czyli u siebie w domu

woman-511849_640
W głębi duszy każdego człowieka drzemie tęsknota za Stwórcą. Mamy świadomość tego, że nasza ojczyzna nie znajduje się na ziemi, lecz jest u Boga.

Będąc u Niego, jesteśmy u siebie w domu.

Ta tęsknota nie jest życzeniem. Mieć życzenie to chcieć posiadać, zaspokajać pragnienia i osiągać cele, które należą do naszego ograniczonego świata. Chcę mieć kawałek chleba, marzę o pięknej pogodzie, o bogactwie albo o pokonaniu przeciwnika w dyskusji. Życzenie odnosi się do czegoś, co chcę posiadać. Służy mojemu „ja”. Mogę czegoś namiętnie pragnąć, ale kiedy to otrzymam albo osiągnę, życzenie jest zaspokojone. Tęsknota ma inną jakość. Jej źródło jest głębsze: ma ona swój początek w podstawie naszej duszy i zawsze jest ukierunkowana na naszą ostateczną ojczyznę, na życie wieczne, na Boga.

Ogarnięty tęsknotą, człowiek poszukuje sposobu złożenia siebie w darze i oddania się Bogu. Prawdę tę pięknie wyraził św. Augustyn:

„Niespokojne jest nasze serce, dopóki nie spocznie w Tobie”.

Poszukiwanie życia wiecznego jest uzależnione od tęsknoty. Budzi się ona najczęściej o wiele później niż nasze życzenia, daje nam siłę do duchowej drogi i nie ustaje, dopóki całkowicie nie znajdziemy się w Bogu. Dobry Łotr wiszący obok Jezusowego krzyża tęsknił za życiem wiecznym. Powiedział: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa” (Łk 23, 42).

Nie prosił, by Jezus uwolnił go od śmierci na krzyżu. Wprawdzie późno, ale za to całkowicie zrezygnował z perspektywy życia na ziemi; był ukierunkowany wyłącznie na życie wieczne. Jezus zapewnił go, że jeszcze tego samego dnia wejdzie razem z Nim do królestwa. Tęsknota pojawia się w każdym człowieku na różne sposoby.

Może się ona rozbudzić już w dzieciństwie. Im mocniejsza, tym bardziej jest ukierunkowana; prowadzi nas w naszym wnętrzu do wieczności. U innych budzi się ona powoli i z wahaniem. Osoby te podążają w swoim życiu okrężnymi drogami, ponieważ jeszcze nie rozpoznały tej właściwej.

love-castle-1042980_640

Późniejsze rozbudzenie tęsknoty często obserwowałem u ludzi, którzy przeżywali kryzys wieku średniego. Zdobyli oni jakiś zawód i założyli rodzinę. Dziesięć do piętnastu lat z zadowoleniem pracowali w swoim zawodzie i czuli, że są na właściwym miejscu. Po tym czasie, często na początku czwartej dekady życia, powoli zaczęło ich ogarniać niezadowolenie. Osoby te mówią, że spełniają się w swojej pracy, że kochają swoje rodziny, a jednak czegoś im brakuje.

Początkowo nie wiedzą, co to jest. Obawiają się, że przeoczyli coś istotnego. Wśród nich są i tacy, którzy od zawsze praktykowali wyznawaną przez siebie religię. Oni dopiero później, gdy stworzyli nową i bliską więź z Bogiem, doświadczyli pewności, że znajdują się na właściwej drodze. Najczęściej osoby te nie zmieniają dotychczasowej pracy, ale odnajdują nowy sens życia. W gąszczu doczesnych celów, niczym jutrzenka i pierwszy promień słońca, wzeszła w nich tęsknota za Bogiem. Życie na ziemi stało się dla nich przejściem z tego świata do właściwej ojczyzny. Punkt ciężkości został przesunięty z życia ziemskiego na wieczność.

Kiedy Pismo Święte opowiada o życiu wiecznym, o królestwie niebieskim, o królestwie Boga, kiedy mówi o Mesjaszu, opowiada o śmierci i zmartwychwstaniu, kiedy głosi przesłanie o Chrystusie, o Ojcu i Duchu – zawsze chce się odwoływać do naszej tęsknoty. Ta tęsknota jest niczym kompas, który wskazuje nam Boga i zapewnia, że On nas wzywa i na nas czeka. To, na którym odcinku duchowej drogi człowiek się znajduje i po którym z etapów powinien być prowadzony, zależy od tego, jak bardzo rozbudzona jest w nim tęsknota za Bogiem, z jakim oddaniem odpowiada on na to wezwanie.

Maryja-woda

Tęsknota za Bogiem, za wiecznością, za tym, co absolutne, określa, jak szybko i na ile człowiek rozpozna wysłańców Boga, Jego proroków, zwłaszcza Mesjasza Bożego. Precyzuje też, w jakiej mierze pozwoli się on im prowadzić i czy będzie mógł się im powierzyć. Trudno rozpoznać tęsknotę. Można ją zauważyć tylko dzięki odpowiedzi człowieka na Boże wezwanie. Wielkie słowa nie mają tutaj żadnego znaczenia. Liczą się tylko te, które zostały potwierdzone w codziennym życiu, a także fakty, które za nimi świadczą. Również wiara w Jezusa Chrystusa nie gwarantuje rozpoznania Go jako Mesjasza. Może się zdarzyć – a dzieje się tak w wielu wypadkach – że będziemy Go uważali za jedną z tych wielkich postaci religijnych, które chcą naszego dobra i są dla nas przykładem. Tymczasem bycie Mesjaszem oznacza coś więcej.

(fragment pochodzi z „W szkole Jezusa. Cztery etapy duchowego rozwoju”)

Reklamy

Otagowane:,

%d blogerów lubi to: