Prawdopodobieństwo Boga …

God_is_not_dead.jpg
Boga prawdopodobnie nie ma. Dlatego przestań się martwić i ciesz się życiem” (There’s probably no God. Now stop worrying and enjoy your life) – takie napisy pojawiły się jakiś czas temu najpierw na londyńskich autobusach i w metrze. Wkrótce ateistyczna akcja reklamowa ruszyła także w Hiszpanii, we Włoszech, Niemczech, Australii i Kanadzie.
Reakcje, jakie wywołała w kręgach chrześcijańskich, były skrajnie różne: od oburzenia poprzez obojętność aż po akceptację i zadowolenie.

Pastor George Hargreaves z Walijskiej Partii Chrześcijańskiej stwierdził, iż ateiści „strzelili sobie samobója”, gdyż słówko „prawdopodobnie” zdradza, iż nie są oni zupełnie przekonani, że Bóg nie istnieje. Także kaznodzieja Domu Papieskiego, o. Raniero Cantalamessa, w wygłoszonym w obecności papieża Benedykta XVI wielkopiątkowym kazaniu stwierdził: „powinniśmy podziękować inicjatorom tej kampanii”, gdyż oddała ona „większą przysługę sprawie Boga aniżeli tyle naszych apologetycznych argumentów. Ukazała ubóstwo racji ateizmu i przyczyniła się do wstrząśnięcia wieloma uśpionymi sumieniami”.

Od pochwały wolności słowa do krucjaty

Brytyjska kampania nie pojawiła się oczywiście znikąd. Była odpowiedzią na inicjatywę jednego ze stowarzyszeń chrześcijańskich, które w różnych miejscach rozmieszczało ogłoszenia typu reklamowego skierowane do niewierzących. Zawierały one odnośnik do strony internetowej, gdzie ateiści mogli się dowiedzieć co ich czeka, a czeka ich oczywiście – jak można tam było przeczytać – piekło. Inicjatorką kontrkampanii była 28-letnia dziennikarka i scenarzystka Ariane Sherin, która szybko zyskała poparcie w osobie prof. Richarda Dawkinsa, autora słynnej książki Bóg urojony. Jak się okazało, nie zabrakło też chętnych do sfinansowania tej inicjatywy, którą ostatecznie zorganizowało Brytyjskie Stowarzyszenie Humanistyczne (BHA). Reklamy w innych krajach sfinansowały analogiczne stowarzyszenia ateistów i racjonalistów.

Zróżnicowane reakcje na ateistyczną reklamę pokazały, że społeczeństwo nie bardzo wie, jak zareagować na sam fakt promocji niewiary. W Londynie czy Genui pojedynczy kierowcy autobusów odmawiali wyruszenia w trasę pojazdem oklejonym ateistyczną reklamą. W Szkocji oburzony kapłan napisał list do miejscowego pisma „The Herald’s”. W Londynie przed budynkiem agencji zajmującej się tą reklamą pojawiła się 200-osobowa grupa protestujących. Trudno to jednak nazwać masowym oburzeniem.

Nieco bardziej radykalnie zareagowała archidiecezja w Barcelonie, która wydała nawet oficjalny komunikat odnoszący się do treści sloganu reklamowego. Bardziej dialogowo nastawieni byli katalońscy protestanci, którzy wykupili reklamę autobusową o treści: „Bóg – tak, istnieje. Korzystaj z życia w Chrystusie”. Jak mówił pastor Francisco Rubiales, chcieli oni w ten sposób „powiedzieć światu, że Chrystus istnieje i że jest drogą do lepszego życia. Szanujemy wszystkie osoby i instytucje, które publicznie głoszą swoje opinie, idee i wierzenia. Jeśli wszyscy mogą wyrażać w sposób wolny swoje opinie i fundamentalne prawa, to my również”.

Także Bertrand Oullet z komisji ds. mediów przy konferencji episkopatu Kanady skwitował rozpoczęcie akcji reklamowej w Montrealu stwierdzeniem, że fakt istnienia takiej inicjatywy jest dowodem na to, iż „mamy szansę żyć w społeczeństwie wolności słowa”. Trzeba też przyznać, że nie wszyscy są nastawieni równie tolerancyjnie. Niektóre miasta kanadyjskie (Vancouver, Ottawa, Halifax, London) i niemieckie (Berlin, Monachium, Kolonia, Fulda, Hamburg, Lipsk, Brema, Poczdam, Drezno, Ratyzbona, Stuttgart) nie zgodziły się na reklamę, powołując się na istniejący w statutach spółek zakaz umieszczania na autobusach haseł godzących w religię. Z kampanii wycofała się także jedna z zajmujących się reklamą firm włoskich, która stwierdziła, iż proponowany slogan „Zła wiadomość jest taka, że Boga nie ma. Dobra wiadomość, że go nie potrzebujesz” stoi w sprzeczności z kodeksem etyki reklamy. U źródeł takich decyzji jest – jak się wydaje – obawa przed negatywnymi reakcjami społecznymi.

Do takich właśnie, bardziej radykalnych reakcji ze strony środowisk katolickich wezwał Ronnie Convery, redaktor czasopisma „Flourish”, wydawanego przez archidiecezję Glasgow. Wskazując na umiarkowane reakcje chrześcijan na promocję ateizmu, napisał: „Wygląda na to, że dziś największym przeciwnikiem katolicyzmu w Europie nie jest ani wojowniczy protestantyzm, ani fanatyczny islam czy nawet modny i wszechobecny ateizm. Największym zagrożeniem jest obojętność i bierność, które spowijają nasz świat miękkim kocem zrobionym z ciepłej wełny”. Czy jednak rzeczywiście jest o co kruszyć kopie? Czy publiczne głoszenie, że „Boga prawdopodobnie nie ma” jest aż tak groźne?

„Prawie” robi różnicę

GOD_LOVEUżycie przez inicjatorów reklamy owego „prawdopodobnie” zdradza, że sami pomysłodawcy zdają sobie sprawę, iż strzelają ślepakami. Z tej właśnie świadomości zrodziły się propozycje niejakiej radykalizacji reklamowego sloganu. Proponowana wersja włoska miała wprost stwierdzać, iż „Boga nie ma”. Niemiecka inicjatywa Buskampagne.de promuje slogan: „Boga (z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością) nie ma. Spełnione życie nie potrzebuje wiary”. Niektórzy ateiści są więc zawiedzeni, że przesłanie zastosowane w reklamie brytyjskiej stanowczo nie odrzuca istnienia Boga, a jedynie je podważa. Hanne Stinson, dyrektor naczelna Brytyjskiej Organizacji Humanistycznej (British Humanist Association) powiedziała, że slogany są niezwykle pozytywne i ich intencją jest wsparcie agnostyków i ateistów w przekonaniu, że nie ma nic złego w tym, że nie wierzy się w Boga. Czyżby deklarowana niewiara była źródłem niskiego poczucia wartości?

Użyte w angielskiej wersji probably stało się nawet podstawą do złożenia formalnej skargi do instytucji zajmującej się nadzorowaniem zgodności reklam z prawem i zasadami konkurencji – Advertising Standards Authority (ASA). Podstawą zaskarżenia, które skierował Stephen Green ze stowarzyszenia Christian Voice (Głos Chrześcijański), był zapis prawny zabraniający umieszczania w przekazach reklamowych treści niesprawdzonych, których nie da się udowodnić. ASA oddaliła ostatecznie skargę złożoną przez Stephena Greena i 325 innych osób, gdyż uznała ją za bezprzedmiotową. W ocenie instytucji regulującej rynek mediów brytyjskich zwrot użyty w sloganie wyraża opinię, a więc nie może podlegać obowiązkowi obiektywnego uzasadnienia. Ponadto stwierdzono, że choć hasło pozostaje w sprzeczności z opinią wielu, to nie istnieje poważne i wystarczająco powszechne niebezpieczeństwo wprowadzenia w błąd społeczeństwa, o czym – według tej instytucji – świadczy niewielka ilość skarg.

Zupełnie inną drogą podążył instytut teologiczny Theos, założony przez Kościoły anglikański i katolicki. Jego szef, Paul Woolley, stwierdził, że ateistyczna kampania jest doskonałą okazją, by sprowokować ludzi do myślenia o Bogu. Co więcej, instytut wsparł inicjatorów (symboliczną raczej) donacją w wysokości 50 funtów. Tym, co prowokuje do myślenia, jest owo nieszczęsne probably (prawdopodobnie). Według Woolleya, zamiast pewności co do nieistnienia Boga, generuje ono jedynie niepewność co do Jego nieistnienia, która jest tak samo prawdopodobna jak niepewność co do Jego istnienia. Reklamowy slogan wywołuje efekt podobny do wątpliwości typu „czy na pewno zamknąłem drzwi?”. Człowiek, w którym zrodzi się taka wątpliwość w końcu zdecyduje się wstać i upewnić, czy drzwi są rzeczywiście zamknięte.

Zwolennicy ateistycznej reklamy twierdzą, że zaproponowanej tutaj analogii nie można uznać za zarzut wobec logiki kampanii (a tak zapewne rozumie ją Woolley). Chodziło bowiem właśnie o wytrącenie odbiorcy z pewności wiary. Linia obrony ateistów nie wydaje się jednak przekonująca. O ile bowiem fakt zamknięcia czy niezamknięcia drzwi da się empirycznie zweryfikować, o tyle fakt (nie)istnienia Boga jest – jak przyznają – ostatecznie nieweryfikowalny na drodze doświadczenia. Jeśli więc nawet reklama ta wzbudza oczekiwania, to nie pokazuje żadnej drogi do zweryfikowania tych oczekiwań czy też ich spełnienia.

Tam gdzie nie ma empirycznej pewności, pozostaje wiara. Zresztą sam Dawkins, guru ateistów i „duchowy ojciec” przedsięwzięcia, czwarty rozdział swojej książki opatrzył tytułem „Dlaczego niemal na pewno Boga nie ma”. Podobną myśl znajdujemy u o. Cantalamessy, w którego krytyce dostrzegamy echo słynnego zakładu Pascala: „«Bóg prawdopodobnie nie istnieje»: a zatem być może jednak istnieje, nie można całkowicie wykluczyć, że jest. Lecz, drogi bracie niewierzący: jeśli Boga nie ma, ja nic nie straciłem; jeśli jednak jest, ty straciłeś wszystko!”. Przesłanie kampanii jest więc jednoznaczne: „Boga prawie na pewno nie ma”, ale „prawie” – jak wiemy, i to z reklamy – robi różnicę.

(Nie)wiara i radość życia

I tutaj dochodzimy do drugiego członu sloganu reklamowego: Now stop worrying and enjoy your life – owej „wartości dodanej” wynikającej z odrzucenia Boga. Według inicjatorów kampanii uznanie reklamowanego prawdopodobieństwa nieistnienia Boga owocuje przyjęciem określonej wizji życia. U podstaw sloganu znajduje się przekonanie, iż dopiero niewiara w Boga pozwala na korzystanie z życia i cieszenie się nim. W przekonaniu ateistów wiara (istnienie Boga) jest elementem istotnie ograniczającym możliwość cieszenia się z życia, co więcej – jest powodem nieustającego zmartwienia, stąd owo wezwanie „przestań się martwić”. Zapewne taki kształt sloganu wynika z samych okoliczności zaistnienia kampanii. Przypomnijmy, że był ona odpowiedzią na konkretną reklamę – przestrogę malującą piekielną wizję wiecznego potępienia dla ateistów. Czy jednak rzeczywiście istnieje realny związek między wiarą/niewiarą a radością życia lub jej brakiem?
girl-1252739_640.jpg
Ludziom wierzącym trudno zgodzić się z zaprezentowaną przez ateistów logiką. W komunikacie archidiecezji barcelońskiej czytamy: „Dla wierzących w Boga wiara w Jego istnienie nie jest powodem do niepokoju ani też przeszkodą, by uczciwie cieszyć się życiem”. Autorzy niemieckiej kontrkampanii wprost podkreślają związek między wiarą a radością i życiowym zadowoleniem. Na jednym z autobusów w Dortmundzie zawisło hasło: „Bez obaw. Bóg jest. Więc dobrego dnia”. Jak już wspomniałem, w Barcelonie kursuje autobus z napisem: „Bóg – tak, istnieje. Korzystaj z życia w Chrystusie”, który został wykupiony przez protestantów. W Londynie, z inicjatywy rosyjskiego biznesmena Aleksandra Korobko, od marca miały pojawić się autobusy z napisami: There is God. Don’t worry. Enjoy your life! (Bóg istnieje. Nie martw się i ciesz się życiem).

Rzeczywistość wydaje się jednak o wiele bardziej zniuansowana niż ta przedstawiona przez jedną czy drugą kampanię. Obie bowiem zapominają o tak powszechnym fakcie, jakim jest cierpienie. Wspomniany już Paul Woolley z instytutu Theos zauważył, że wezwanie do cieszenia się życiem raczej z trudnością trafi do tych, którzy w okresie kryzysu żyją realnym niepokojem utraty domu czy pracy. Jeszcze dalej w swej krytyce poszedł o. Raniero Cantalamessa, który stwierdził, że „ateizm jest luksusem, na który mogą sobie pozwolić ci, którzy są uprzywilejowani przez życie, ci, którzy otrzymali wszystko”. Krytyka ze strony kaznodziei papieskiego była tym dotkliwsza, iż została wygłoszona w tygodniu tragicznego trzęsienia ziemi w Abruzji.

Prawdą jest, że ateistyczny slogan czytają nie tylko życiowi szczęściarze, ale także i ci, którzy przeżywają ciemną noc cierpienia czy różne osobiste tragedie. W jaki sposób ci wszyscy ludzie dotknięci cierpieniem mają „cieszyć się życiem”, skoro „prawdopodobnie Boga nie ma”? Cierpienie pozostaje dla wszystkich tajemnicą, szczególnie cierpienie niewinnych, jednak bez wiary w Boga staje się ono bezdennie absurdalne – przypomniał papieski kaznodzieja. Jednocześnie Cantalamessa postawił tezę, że cierpienie jest szansą dla ateistów. „Podobnie jak reszta ludzkości, cierpią w życiu również ateiści. A cierpienie, od kiedy Syn Boży wziął je na siebie, ma niemal sakramentalną siłę odkupieńczą”. Chrystus jest bowiem obecny w każdym cierpieniu, bez względu na to, czy został do niego „zaproszony”.

Na uwagę zasługuje strategia, którą przyjęła ateistyczna kampania niemiecka. Po stwierdzeniu, że Boga prawdopodobnie nie ma, pojawia się konstatacja: „Spełnione życie nie potrzebuje wiary” (Ein erfülltes Leben braucht keinen Glauben). O ile w sloganie angielskim ukryty jest zarzut wobec religii, że wiara w Boga nie pozwala cieszyć się życiem i czyni ludzi faktycznie nieszczęśliwymi, to w sloganie niemieckim pobrzmiewa nuta niejakiej zazdrości wobec wiary, która – jak należy wnioskować – czyni życie ludzi wierzących w Boga spełnionym. Ateiści zdają się tu upominać o własne – niezależne od Boga – prawo do szczęścia.

Samotność niepewności

Wydaje się, że omawiane kampanie bardzo dużo mówią o samym ateizmie, który się za nimi kryje. Po pierwsze, jest to ateizm, który nie usiłuje zrozumieć wiary w Boga. Biorąc nawet poprawkę na fakt, że kampania zrodziła się jako odpowiedź na określoną wizję wiary (skupioną na potępieniu niewierzących), to jej autorzy postrzegają wiarę jako zniewolenie, a dopiero niewiarę jako wyzwolenie się z okowów, które właściwe są wierze w Boga. Po wtóre (przede wszystkim w wersji niemieckiej), jest to ateizm zazdrosny, poszukujący innej recepty na szczęście niż Bóg. Po trzecie, jest to ateizm skażony niepewnością. O ile wiara w Boga zasadza się na pewności Jego istnienia – oczywiście nie na pewności empirycznej, ale na pewności wiary – o tyle prezentowany tutaj ateizm wyrasta jedynie z prawdopodobieństwa nieistnienia Boga, a więc, w konsekwencji, z założenia, że Bóg może równie dobrze istnieć.

W ten sposób ateizm z kampanii reklamowych staje się w gruncie rzeczy wiarą a rebours, wiarą niepokoju. Przyjęcie możliwości nieistnienia Boga zakłada przecież uprzednią możliwość Jego istnienia oraz posiadanie jakiegoś obrazu czy pojęcia Boga. Istotą tego ateizmu nie jest więc odrzucenie samego istnienia Boga, ale odrzucenie wiary rozumianej jako „powierzenie się Bogu”, czyli uzależnienie swojego życia od Jego istnienia. Ateistyczna kampania nie chce w gruncie rzeczy powiedzieć, że Boga nie ma, ale że są ludzie, którzy chcą żyć jakby Go nie było, gdyż przeszkadza im On w życiu radosnym i spełnionym. Jeśli religia to pozostawanie w relacji do Boga, to w gruncie rzeczy mamy tutaj do czynienia również z jakąś formą religii, tzn. religijnego spojrzenia na własne życie – religijnego, bo choć negatywnie, to przecież uwzględniającego Boga.

Najbardziej interesująca jest w tym wszystkim potrzeba powiedzenia o tym światu, podzielenia się swoją (nie)wiarą. W ten sposób rodzi się coś, co można nazwać „ateizmem misyjnym”. Michel Virard ze Stowarzyszenia Humanistycznego Québeku, które zorganizowało kompanię w Montrealu, twierdzi, że ateiści są „pogardzani, obrażani i znieważani”, i stanowią część populacji, „która nie ma swego oficjalnego głosu”. Z podobną reakcją spotykamy się często w przypadku grup religijnych, które czują się spychane na margines. Wydaje się jednak, że nie chodzi tutaj tylko o obecność w sferze publicznej i prawo do bycia zauważonym. Chodzi raczej o swoisty „kerygmatyczny zapał” wynikający ze wspomnianej niepewności. O ile bowiem chrześcijanie podejmują działanie misyjne, by z innymi dzielić swoje szczęście płynące z pewności wiary, o tyle „ateiści dewocyjni” podejmują „przepowiadanie niewiary”, by nie pozostać samotnym w swojej niepewności.

ks. Andrzej Draguła, artykuł ukazał się w czasopismie „Więź”

Reklamy

Otagowane:, ,

%d blogerów lubi to: