Serce w roli głównej

serce a duch

Im więcej rozważam o owocach Ducha Świętego, tym mocnej utwierdzam się w przekonaniu, że są one wszystkie pewnymi cechami czy aspektami miłosierdzia, i może je przyjąć tylko osoba, która umie kochać – a jak się okazuje, miłość niekiedy bywa bardzo trudna i wymagająca.

Ecce Homo

Łaskawość i dobroć to owoce, które w sposób szczególny wydobywają serce człowieka na zewnątrz. Człowiek, który uosabia te dary, nosi swoje serce na dłoni i dzieli się nim z każdą osobą. W kulturze europejskiej serce jest synonimem pozytywnych uczuć, kojarzy się je z miłością, oddaniem, poświęceniem, dlatego może tyle jest związków frazeologicznych właśnie z sercem w roli głównej. Pracuje się przecież z sercem, nosi się je na dłoni, wkłada się w coś serce – każdy rozumie i używa te utarte stwierdzenia do nazywania nieraz prozaicznych czynności. Nie na darmo więc polski wieszcz podkreśla: „Miej serce i patrzaj w serce”, podzielając zapewne opinię licznych, że gdy kierujemy się sercem, to więcej widzimy i odpowiednio reagujemy.

Jest pewien obraz, który raz obejrzany, zostaje w pamięci na długo. Ecce Homo – niezwykłe dzieło życia człowieka, który malował sercem i patrzył sercem – Adam Chmielowski. Gdy kontempluję ten przejmujący wizerunek, widzę ogromne… SERCE, które wyziera z ciała ubiczowanego Chrystusa. Szaty, które spływają po Ciele Zbawiciela, okalają Jego ramiona, tworząc na piersi kształt ogromnego serca. Serce splątane, skrępowane powrozami, cierpiące, ale… kochające.

Gdy wpatrujesz się w to Serce, nagle zdajesz sobie sprawę, że Ono pulsuje, żyje, broczy krwią. Malarz, który malował ów obraz, Serce Chrystusa uczynił osią swego dzieła, ustawił Je w centrum nieprzypadkowo. Dasz wiarę, że Ecce Homo był malowany przez 3 lata, a i tak jego autor stwierdził, że obszedł się z nim „jak partacz ostatni”? Nie przeszkodziło to krytykom sztuki umieścić dzieło na liście najlepszych obrazów religijnych. Trudno jest też uwierzyć, że wizerunek ten został pośpiesznie dokończony „po rzemieślniczemu”, a nie według sztywnych reguł malarskich, bo bije z niego kunszt artysty o dojrzałym warsztacie i głębia duchowa. To właśnie Ecce Homo będzie wyznaczać późniejszemu Bratu Albertowi Chmielowskiemu kurs życia i metody działania. Przez całe bowiem lata będzie on poszukiwał Krwawego Oblicza Umęczonego Zbawiciela w ubogich, chorych i odtrąconych, w nędzarzach, sierotach i opuszczonych. Tak się składa, że i w minionych epokach, i w naszej było i jest ich pełno. Tych ludzi znajdziemy zawsze, są na osiedlach, i na ulicach, więc zasadniczo miłosierny malarz nie musiał głowić się nad tym, jak ich znaleźć, bo oni już byli. Brat Albert otwiera dla nich przytuliska, wychodzi do tych odtrąconych z sercem na dłoni, łaskawy i dobry jak chleb.

Sam żyje niezwykle skromnie, wypełniając surowe reguły tercjarskie, a pierwsze przytulisko tworzy z własnej pracowni malarskiej w Krakowie, w której z pasją tworzy kolejne dzieła, sprzedając je, a uzyskane pieniądze przeznacza na pomoc ubogim. Znamienne jest, że Karol Wojtyła w dramacie o Bracie Albercie Brat naszego Boga przedstawia ubogich, którzy dziwią się, że Albert, będąc malarzem, nie jest bogaczem. W zgrzebnym habicie tercjarza franciszkańskiego, który bardziej przypomina robotniczą bluzę niż powłóczystą suknię, żyje ubogo, przekuwając pasję malowania na pomoc ubogim. Z czasem zupełnie rezygnuje z malarstwa i poświęca się wielkodusznie krakowskim włóczęgom, tworząc domy pustelnicze, które formują osoby do posługi wśród ubogich, hartując ich fizycznie i duchowo. Albert Sercem Zbawiciela ze swego obrazu wypełnia każdy skrawek własnego życia i życia innych ludzi.

Człowiek piękny miłosierdziem

Dasz wiarę, że ten człowiek, który trzymał swe serce w dłoniach i miał je dla wszystkich, każdego dnia staczał jedną z najcięższych bitew – bitwę z samym sobą? Brat Albert jako niezwykle wrażliwy człowiek przebywał w młodości w zakładzie dla nerwowo chorych, doświadczając głębokiej depresji, a prócz ran wewnętrznych nieustannie towarzyszył mu fizyczny oścień w postaci amputowanej nogi. Jako osiemnastolatek brał udział w walkach za Polskę, a w Powstaniu Styczniowym został poważnie ranny w nogę, którą mu w niewoli rosyjskiej amputowano bez znieczulenia.

Gdy patrzę na obrazy przedstawiające Brata Alberta, widzę osobę smutną, o niezwykłej głębi w oczach albo z chlebem w dłoniach, albo z ubogim przy piersi. Dostojny, pełen powagi, a jednocześnie dobry, ciepły i łaskawy, starzec bez nogi, sam ubogi a ubogim niosący ratunek. Brat Albert jasno pokazuje nam, że nie trzeba być bogatym, by pomagać innym, nie mówi: gdybym miał więcej pieniędzy, to bym pomagał biedniejszym od siebie, bo wie, że do tego starcza tylko bogate serce.

Wyrzeka się sam siebie i swych pasji, by pomóc Chrystusowi, który mieszka w najuboższych. Kontempluje obraz Chrystusa, który sam namalował, doświadcza niemal mistycznej bliskości z Chrystusem, prowadzi z Nim nieustanną rozmowę, przemawia do Niego jak do tych biednych, którym poświęcił część swego życia. Wzruszający obraz relacji Alberta ze Zbawicielem przedstawił Karol Wojtyła w swym przejmującym dramacie o człowieku z sercem na dłoni.

„Jesteś jednak straszliwie niepodobny do Tego, którym jesteś
Natrudziłeś się w każdym z nich.
Zmęczyłeś się śmiertelnie.
Wyniszczyli Cię –
To się nazywa Miłosierdzie. Przy tym pozostałeś piękny.
Najpiękniejszy z synów ludzkich.
Takie piękno nie powtórzyło się nigdy później –
O, jakież trudne piękno, jak trudne.
Takie piękno nazywa się Miłosierdzie”.

Aleksandra Wojtyna
Rycerz Młodych 6 (50) 2015

Reklamy

Otagowane:, ,

%d blogerów lubi to: