O pogardzie

pogarda pychaŚrodkami komunikacji pogardy są monolog, milczenie, kłótnia. Mimo wielkiej czasami aktywności pogarda nigdy nie jest z siebie zadowolona, przedstawia siebie jako samotną, zdradzoną i niezrozumianą przez innych.

Jezusa zabiła nienawiść, ale to pogarda najpierw skazała Go na śmierć.

Jezus wciąż jest przez nią skazywany — nie na darmo Jan Paweł II mówił o Golgotach współczesnego świata, Golgotach w większości niedostępnych dla prostych analiz operujących przyczyną i skutkiem, Golgotach wielkich i anonimowych liczb odbijających ten bezosobowy rys, który nosi w sobie pogarda. Oglądana przez odwróconą lunetę wygląda na bardzo arystokratyczną i zawsze ma czyste ręce.

Rzadko staje przed sądem, często dożywa długich dni, epatując nas czarnymi otchłaniami swojego wnętrza, w których podobno dokonuje trudnych wyborów między większym i mniejszym złem, czasami wybiera samobójstwo jako środek czysty i bezbolesny rozstania się z tym światem, który po raz kolejny nie umiał pojąć jej wzniosłego i jedynego przesłania.

W ręce sprawiedliwości wpadają więc najczęściej zwykli pomocnicy śmierci — indywidua mroczne, wulgarne, nieudolnie próbujące tłumaczyć idee pogardy, które uznali za swoje dla prostego zysku.

Jeśli pycha — matka wszystkich wad — jest ahistoryczna, nosimy ją w sobie jako owoc pierwotnego pęknięcia relacji z Bogiem, zastajemy w sobie, często nie zdajemy sobie z niej sprawy, to już pogarda czerpie mandat do swej rakowatej egzystencji z konkretnych historii — wielkich i małych, zbiorowych i indywidualnych, to nic, że umitycznionych i skłamanych w interpretacji. Wszystkie one służą usprawiedliwieniu pogardy i dzieją się według dwóch prostych schematów: przeszłość jest daleka i świetlana (starożytność rasy, rodu, ziemi, miasta etc.) lub przeszłość jest poniżona, uboga, wstydliwa i domagająca się zadośćuczynienia.

Właśnie historia niosąca kanony estetyczne, moralne lub całkiem nieskomplikowane zlepki brukowej filozofii i knajackich odruchów — wyposaża pogardę w misję, posłanie.

Gdy pogarda próbuje zrealizować swoją misję, to zawsze używa haseł ogromnie chwytliwych i nęcących propagandowo, np. „przestrzeń życiowa”, „prawo do zakupu”, „równość”, „królestwo Boże”, „nowy człowiek”, „sztuka dla wszystkich”, „pochód cywilizacyjny”, „obrona prawdziwej tkanki narodu, religii, państwa”. Nieostrość tych terminów, rozmycie w nich konkretu pozwala pogardzie podsuwać publiczności ich słuszną wykładnię. Jedynie słuszną. Aktywność pogardy dobrze streszcza parafraza pewnego starego hasła:

„Jeśli nie można niczego zrobić z nimi, trzeba coś zrobić dla nich, nawet przeciwko nim”.

To „nawet” w haśle można sobie zapewne darować, bo dla pogardy jest oczywiste, że przemoc nie tylko jest dozwolona w procesie „przemiany”, „nawrócenia”, „przekucia”, „reformy”, ale jest w nie wpisana. Stąd też środkami komunikacji pogardy są monolog, milczenie, kłótnia. Mimo wielkiej czasami aktywności pogarda nigdy nie jest z siebie zadowolona, przedstawia siebie jako samotną, zdradzoną i niezrozumianą przez innych.

Mimo że jest wszechwiedząca, „coś nie mieści się jej w głowie” — w jej monologach, tych z gatunku wyznań, spowiedzi — napotykamy na charakterystyczną nutę goryczy i zawodu. Tym, co przeraża w pogardzie, jest nie przemoc, ale świętość przemocy.

Pogardę od początku fascynuje swoje „ja”, „ja prawdziwe”, które jest podejrzane o niezwykłość, głębię, namaszczenie, boskość. To właśnie w mętnej wodzie swojego egocentryzmu widzi swoją twarz, duchową sylwetkę i — tu następuje moment przerażającego komizmu — już nie może oprzeć się stwierdzeniu, że właśnie ktoś taki ma prawo wybiórczego traktowania norm, używania przemocy do zbudowania jeszcze większego dobra.

Powiedzmy, że pogarda odkrywa w pewnym momencie potrzebę pokory, ale jest to oczywiście surogat pokory, który jednak potrafi uwieść innych. Pokora ta jest, najprościej mówiąc, odpowiedzią na wybranie przez Boga, Historię, Istotę Wyższą, Kogoś.

Pogarda z wolna staje się obrońcą tego Kogoś czy Czegoś i opór przeciwko sobie w końcu utożsamia z grzechem wobec Boga, Historii, Istoty Wyższej etc. Choć pogarda żyje w świecie izolacji, podziałów i barier, to jednak w swoje fascynacje próbuje włączyć innych, traktując ich jako materiał doświadczalny, papierek lakmusowy, probierz. Innymi słowy — jako rzecz nawet interesującą, ale taką, którą później się wyrzuca.

Później — to znaczy po spełnieniu przez nią zadania.

Zadanie w tym przypadku jest zawsze święte a skazanie na śmietnik wysoko umotywowane. Śmiertelnik
miał przecież możność choć przez chwilę obcować z rzeczami niezwykłymi. Pogarda nigdy nie przestanie pożerać ludzi, bo w swej pokorze uważa, że jeszcze nie dotarła do ostatnie komnaty swojego „ja”, a dzieła zewnętrzne nie są wciąż na jego miarę.

woman-975339_1280

Dodać trzeba, że pogardę charakteryzuje również pewnego rodzaju pierwotne zdumienie, gdy przypatruje się od czasu do czasu otaczającemu ją światu, zdumienie iście filozoficzne, bo pogarda pyta — jak to możliwe, że inni istnieją i są właśnie tacy. Jest to zdziwienie groźne, zdziwienie — wyrok, zdziwienie — eliminacja. Bywa, że pogarda, dziwiąc się tak, popada w wesołość, bo bawią ją tak kruche i zależne od niej egzystencje, ich dzielność, plany, heroizm, opór i szlachetność, powaga i dzielenie włosa na czworo, kiedy przecież wszystko zostało zadecydowane.

Pogardzie nawet imponuje ich konsekwencja, to nieliczenie się z realiami świata pogardy, może nawet dla uciechy wdawać się z nimi w chwilowe dyskusje — podobnie jak to czynił Goliat z Dawidem. W cieniu wydanego przez siebie wyroku pogarda zdaje się nawet słuchać argumentów strony przeciwnej. Może są to jej krótkie chwile wypoczynku, odprężenia, wesołości właśnie?

Nie myślmy, że pogarda zajmuje tylko niebotyczne szczyty władzy, przesiaduje w dusznym bunkrze, złotej komnacie, egzotycznym szałasie Kurtza z powieści Conrada. Pogarda żyje z nami, jest z nami w grupie, we wspólnocie, w rodzinie, w pracy. Chcecie ofiarować jej prezent na imieniny?

Oczywiście to wasza wina, wasz pomysł niezbyt szczęśliwy, wasze niewyrobienie, tracenie czasu i pieniędzy, które można byłoby rozdać ubogim. Ale ratuje nas łaskawość pogardy — prezent zostaje przyjęty, z ciężkim sercem co prawda, ale przyjęty, spotyka nas szczęśliwie tylko krótka reprymenda, to nic, że odchodzimy z poczuciem winy, niesmakiem, że oto znów okazaliśmy się nieodpowiedzialnymi romantykami, ludźmi, których wciąż infantylnie cieszą błyskotki, bawidełka, którzy nie potrafią żyć z ołówkiem w ręku i z przejęciem kontrolować minimalnych wahnięć cen na rynku.

Próbujecie zaproponować coś lub podzielić się czymś?

Pogarda słucha cierpliwie, a potem sprowadza wszystko do łagodnego absurdu, nie dodając niczego, a tylko używając cytatów zaczerpniętych z naszej wypowiedzi. Rzeczywiście nie trzyma się to kupy i nie pozostaje nic innego, jak tylko przyjąć propozycję pogardy.

Prosicie pogardę o pomoc?

Ona zgadza się chętnie, lecz proponowana technika wykonywanej czynności stanowi dla niej problem, okazuje się, że do tej pory wykonywaliśmy tę prostą pracę bezmyślnie i chaotycznie, a taki właśnie sposób dla pogardy jest śmieszny i uwłaczający.

No cóż, będzie nam posłuszna, lecz znów mamy niedobre poczucie, że wyszliśmy na idiotów, prosząc o najzwyklejsze zmycie naczyń.

Pogarda poza tym lubi ubierać ludzi w białe szaty, prześmiewcze korony, papierowe czapeczki rodem z Auschwitz, wtykać do ręki trzcinę. Chyba jednak zbyt pośpiesznie mówimy, że pogarda gustuje w ośmieszaniu innych. Prawda, znudzona lubi igrać z powagą innych, ale nade wszystko interesuje ją osłabienie świadectwa, orędzia, przekazu, słów mocnych, niepokojących, niewygodnych.

No proszę — mówi — powstał znów nowy prorok, a pozwolenie na prorokowanie jest?

Szkołę ukończył? Czy wie, że od „więc” zdania nie rozpoczynamy? Genialnie tę grę pogardy z przesłaniem prawdy ukazał Mickiewicz w III części Dziadów. Mickiewicz wzorował się oczywiście na procesie Jezusa. Senator przesłuchujący Księdza Piotra doskonale ustawia sobie go do bicia, najpierw odzierając go z tytułu „brata” (prześmiewcze słowa: „braciszek czy stryjaszek” etc), by zakwestionować jego powołanie i misję religijną, a potem wciągając na teren zdawałoby się sterylny administracji i prawa.

Braciszek Piotr — zdaje się mówić Senator — wchodzi nieodpowiedzialnie na teren prawnie zarezerwowany dla kogoś kompetentnego i odpowiedzialnego za losy tej części świata, a skoro postać „braciszka” i jego postępowanie jest niepoważne — pogarda czuje się zwolniona z powagi i używa języka i gestów według niej dostosowanych do ludzi właśnie tego rodzaju.

Ilu z nas żyje w cieniu pogardy? Ilu z nas wydanych jest jej manipulacjom i przemocy tak przekonującej, że w rozpaczy zdolni jesteśmy przyznać jej rację i nawet przejść na jej stronę? Ilu z nas w słusznym oburzeniu i wściekłości wydaje jej wojnę, próbuje odbić się od przeciwnika, lecz bez wielkiego skutku?

Pogarda zdaje się niezwyciężona, świetna technicznie, pojedynek z nią przypomina partię szachów, w której za posunięcie przybliżające jej koniec dostajemy od pogardy w głowę nogą od krzesła, jest też ona jak wąż z afrykańskiej bajki, który dostał się w sidła — swoją przemową pełną łez i obietnicami nawrócenia wzrusza przechodzącego wieśniaka, którego jednak w końcu śmiertelnie ukąsi. Co czynić, gdy wydaje się nam, że niepodzielnie panuje ona w naszym świecie, zawłaszczyła go bezprawnie i wymusza na nas posłuszeństwo?

Myślę, że Jezus Chrystus pokazał nam precyzyjną drogę i sposób zachowania w momentach konfrontacji z pogardą.

Jest on przerażająco prosty i składa się z trzech kroków, które odsłaniają nieco metodę funkcjonowania pokory.

Pogarda nie słucha i często ma nad nami nawet fizyczną przewagę. Nie oznacza to, że mamy milczeć. Prawdę o świecie pogardy należy wypowiedzieć, prawda powinna zabrzmieć choćby krótko w przestrzeni tak znieprawionej. Te słowa będą jak szczelina dla światła.

Nie ma zbyt wielu ludzi na świecie, którzy mówią pogardzie „nie” — a jednak się zdarzają i wystarczy odważnie pójść w ich ślady.

Tak, odważyć się, może to będzie ten moment, na który czekaliśmy całe życie, życie tchórzliwe, gładkie,
pełne małych kalkulacji. I moment ten nas odmieni, na powrót staniemy się ludźmi. Nazywa się to
odzyskaniem godności.

Jednak w procesie z pogardą powinniśmy także milczeć, nie milczeniem wyniosłym, strachliwym czy przepełnionym wściekłością, lecz milczeniem, które jest znakiem całkowitego powierzenia się naszemu Ojcu, który jest w Niebie, znakiem ufności, milczeniem, które jest modlitwą.

Pogardę przeraża taka modlitwa, przeraża ją zgoda na wszystko, co pochodzi z rąk Ojca.

Pogardę przeraża ciąg dalszy, który nazywamy życiem wiecznym. To właśnie ciąg dalszy naszego życia nadaje milczeniu ten niezwykły ciężar, który nazywa się sensem ofiary albo po prostu najzwyczajniej sensem, tak że staje się ono mową Tego, który kocha i czeka na nas w milczeniu. Takie milczenie — mimo że w większości wypadków brak jest widzów czy świadków — jasno demaskuje boską uzurpację pogardy. Pogarda w rzeczywistości nie ma dalszego ciągu. Niech brzmi to jak ostrzeżenie.

Jesteśmy zawsze w rękach Ojca, a nie pogardy, dlatego musimy wzorem Chrystusa udzielić światu pogardy przebaczenia; lecz ponieważ przebaczenie takie przerasta nas, nie możemy pozostać z tym wysiłkiem sami, oczywiście, że decyzja powinna być w tym względzie samodzielna i wypływająca głęboko z sumienia, nie zapominajmy jednak, że najuboższa wspólnota kościelna może nas z wielką mocą, której wcale nie podejrzewaliśmy, do przebaczenia podprowadzić.

Pamiętajmy, że każdy, kto przebaczył, ma w obowiązku pomóc innym na drodze przebaczenia. I już na koniec drobna rada, która jakby sprzeciwia się temu, co do
tej pory napisałem. Jeśli to możliwe, schodźmy pogardzie z drogi, ba — nawet jak radzi Jezus — czasami trzeba przechodzić przed prześladowaniami z miasta do miasta. Takie postępowanie to nie tylko roztropność — to nade wszystko pokora.

Pokora, która nigdy nie zagłuszy wezwania do świadectwa, gdy tylko zostanie mu wyznaczony konkretny czas.

Michał Zioło OCSO
Tekst ukazał się w miesięczniku W Drodze, nr 11 (387) 2005
Reklamy

Otagowane:, , ,

%d blogerów lubi to: