Jak przekroczyć siebie, aby powierzyć się Bogu?

hall-attersee-2888475_1920

W człowieku istnieje pewna fundamentalna tęsknota do przekraczania siebie i jednoczenia się z Bogiem. Tęsknota ta skłania człowieka do modlitwy, medytacji, ascezy. Człowiek dopiero wtedy staje się człowiekiem, kiedy zjednoczy się z Bogiem. Jest to głębokie przekonanie wielu ludzi prowadzących intensywne życie duchowe. Powstaje pytanie, w jaki sposób człowiek może przekroczyć samego siebie oraz swoje ludzkie granice? Czyż człowiek nie pozostaje zawsze w granicach własnego człowieczeństwa? Czy może w ogóle dosięgnąć Boga, czy też pozostaje jedynie więźniem własnych wyobrażeń o Bogu? Innym pragnieniem człowieka jest przezwyciężenie własnego lęku, aby móc żyć zaufaniem, a nie strachem. Jak przezwyciężyć nasz lęk, aby żyć życiem płynącym z zaufania Bogu? W jakim stopniu Bóg umożliwia nam życie płynące z zaufania, a nie z lęku. Tej problematyce chciałbym poświęcić swój artykuł. Chciałbym wskazać drogi, których nauczyła nas tradycja życia duchowego, a które pomagają zaufać Bogu i stać się z Nim jednością.

Uwolnienie

Wielu ludzi „trzyma się” kurczowo samych siebie. Lękają się utraty samych siebie oraz kontroli nad sobą. Mają potrzebę kontroli własnych uczuć, aby się im nie poddać. Paradoks jednak polega na tym, że temu, kto chce wszystko kontrolować, z pewnością wszystko wymknie się spod kontroli. Kto stara się kontrolować własne uczucia, z pewnością znajdzie się w sytuacji, w której w sposób nieopanowany wyładuje swoją agresję na otoczeniu. Kto chciałby kontrolować relacje międzyludzkie z pewnością je zniszczy. Kto chciałby poddać kontroli swoją relację z Bogiem, skrupulatnie wypełniając wszystkie swoje obowiązki, ten nigdy nie zbuduje autentycznej więzi z Bogiem. Nigdy tak naprawdę nie doświadczy i nie odczuje Boga. Tego bowiem, co w nas wypieramy, zabraknie nam do żywej więzi z Bogiem.

Kto kurczowo trzyma się siebie, wyraża to najczęściej już w postawie swojego ciała. Chodzi z wysoko uniesionymi ramionami. Jest zamknięty w sobie, ponieważ boi się, że utraci kontrolę nad samym sobą, coraz bardziej zamyka się w sobie i zastyga w bezruchu. Stykam się z ludźmi pobożnymi, którzy mimo iż prowadzą życie duchowe, nie stali się przez to bardziej ufni. Zbudowali raczej pewien system praktyk religijnych, który służy wyparciu głęboko zakorzenionego w nich lęku. Wyparte uczucia znajdują jednak swój wyraz w sztywnej postawie ciała lub cielesnym zastygnięciu w bezruchu. Przez pancerz, którym otoczyli własne ciało, nie są w stanie przedrzeć się żadne uczucia.

Droga wyjścia z tego diabelskiego kręgu polega na uwolnieniu się od siebie samego. Potrafię jednak uwolnić się od siebie samego tylko wtedy, kiedy zaufam drugiemu człowiekowi. U boku człowieka, któremu ufam mogę się uwolnić. Kiedy weźmie mnie w ramiona, mogę zrezygnować ze swoich mechanizmów kontroli. Wiem, że chce dla mnie dobrze, że u jego boku nic nie może mi się złego przytrafić. Uwolnienie zakłada więc, że uwalniając się, nie wpadam w jakąś pustkę, lecz oddaję się Bogu. Zakłada ono świadomość zaufania. Mogę to uwalnianie siebie ćwiczyć. Z uczestnikami moich kursów ćwiczę je najczęściej w formie swoistej gimnastyki. Jedna z dróg uwalniania się prowadzi przez oddech. Kiedy świadomie oddycham, mogę poprzez oddech uwolnić się od moich lęków, mego niepokoju, wielu moich myśli, tak by otworzyć się na Boga. Kto kurczowo trzyma się samego siebie, nie potrafi najczęściej w sposób wolny oddychać. Blokuje swój oddech.

Inna droga prowadzi poprzez skórę oraz mięśnie. Zapraszam uczestników moich spotkań, by położyli się na kocu i wyobrazili sobie, że nie leżą jedynie na podłodze, ale znajdują się w ręku Boga. Potem po kolei przechodzimy wszystkie partie ciała. Wczuwam się w swoje nogi, czy jeszcze się ich kurczowo trzymam, czy nie kurczę łydek. Skurcz w łydkach wskazuje często, że poddaję się własnej presji, potrzebie udowadniania innym kim jestem i że coś znaczę. Wczuwam się w swoje plecy. Tu właśnie wielu odczuwa sztywność, ponieważ uczucia, których nie dopuszczają do siebie, odkładają się tam niczym na wysypisku śmieci. Kiedy wyobrażę sobie, że ręka Boża mnie tam dotyka i trzyma pełna miłości, wtedy mogę uwolnić się od swoich mechanizmów wyparcia, mogę wtedy puścić się i wpaść w ramiona Boga. To mnie uwolni. Wtedy czuję, że dzięki uwolnieniu się, wzrasta moje zaufanie. Czuję, że Bóg mnie unosi, akceptuje, kocha. Nie muszę niczego specjalnego dokonywać. Mogę po prostu być. Jestem w Bogu, przez Boga miłowany i akceptowany. Jestem w pełnych dobroci rękach Boga.

Niektórzy kurczowo trzymają się swojej przeszłości, na przykład swoich zranień, jakich doznali w życiu. Kręcą się wciąż wokół swoich zranień i tak uniemożliwiają otwarcie się na Boga. Inni znowu trzymają się kurczowo swoich przyjemnych uczuć, których doznali w czasie nabożeństw. Doznają później rozczarowania, kiedy nadal ich nie przeżywają.

To kurczowe trzymanie się uczuć z przeszłości czyni tych ludzi niezdolnymi do spotkania Boga obecnego tu i teraz. Bóg jest również wtedy obecny, gdy nic się nie czuje. Bóg może też dziś wywoływać we mnie inne uczucia niż przed dwudziestu laty. Muszę uwolnić się od mojej przeszłości, aby spotkać Boga obecnego w teraźniejszości i Mu się powierzyć.

 

Zapomnienie o sobie

Znam wielu pobożnych ludzi, którzy chcieliby nauczyć się ufać Bogu. Modlą się o to zaufanie i przeżywają rozczarowanie, że Bóg im go po prostu nie udziela. Są tak przywiązani do swojego doświadczenia zaufania Bogu, że sami uniemożliwiają sobie to doświadczenie. W swoich modlitwach krążą wokół samych siebie. Nie chodzi im o Boga, a jedynie o samych siebie, o pokonanie własnego lęku, o większą ufność, o lepszą jakość życia. Używają Boga jedynie do tego, aby lepiej im się wiodło. Ale to zatrzymuje ich jedynie na samych sobie. Nie przekraczają własnych granic, aby wejść w rzeczywistość Bożą. W ich modlitwach chodzi im jedynie o ich uczucia, nie zaś o Boga.

Najważniejszym warunkiem, jaki trzeba spełnić, aby wejść w Bożą rzeczywistość, jest zapomnienie o sobie. Paradoksem jest jednak, że sam nie potrafię tego uczynić. Kiedy chciałbym ćwiczyć się w zapomnieniu o sobie, wtedy chciałbym wyczuć ten punkt, w którym zapominam o sobie. Chciałbym to kontrolować. I w ten sposób odnoszę całkowitą porażkę. Mogę zapomnieć o sobie tylko wtedy, kiedy skieruję swoją uwagę na coś całkiem innego i temu się oddam. Oddaję się Bogu, kiedy spoglądam tylko na Niego a nie nieustannie na siebie. Dobrym sposobem ćwiczenia się w tym jest adoracja eucharystyczna. Wpatruję się w hostię, przemieniony chleb. W tym chlebie widzę miłość Boga, który stał się człowiekiem. Kiedy już całkowicie pogrążony jestem w kontemplacji, wtedy zapominam o sobie. W kontemplacji dokonuje się moja przemiana w obraz, który jest jej przedmiotem. Dokonuje się moja przemiana w Jezusa Chrystusa, którego kontempluję w chlebie eucharystycznym. Kto przeżył kiedyś fascynujący zachód słońca, ten tak pogrążony był w kontemplacji tego zjawiska, że zapomniał o samym sobie. W tym momencie przekroczył swoje granice. Był wtedy cały w Bogu, przepełniony Jego wspaniałością.

Innym sposobem ćwiczenia się w zapominaniu o sobie byłyby gesty modlitewne. Kiedy upadam przed Bogiem, wtedy mogę upuścić również to wszystko, do czego jestem przywiązany. Przestaję się wtedy zastanawiać nad tym, co mi to daje, jaki ma to na mnie wpływ. Po prostu upadam przed Bogiem, gdyż jest Bogiem. Nie pragnę niczego od Boga. W tym upadaniu przed Nim uznaję Go jako Boga. Paradoksalnie, kiedy rezygnuję z nieustannego kręcenia się wokół siebie samego, kiedy po prostu upadam przed Bogiem, ponieważ jest Bogiem, kiedy zapominam w Bogu o sobie samym, właśnie wtedy w pełni istnieję i jestem całkowicie sobą. Będąc w Bogu, powracam do siebie, do mojego prawdziwego jestestwa, do obrazu, jaki Bóg ma o mnie. Kiedy zapominam o sobie, wtedy pozostawiam za sobą swoje własne granice. Przekraczam siebie w Bogu. Mógłbym również powiedzieć: pogrążam się w Bogu. Jestem w Bogu. To jest właśnie celem wszelkiej modlitwy, wszelkiej adoracji.

 

Modlitwa

Dla Ewagriusza z Pontu, jednego z najważniejszych pisarzy monastycznych IV wieku, modlitwa jest najwartościowszym darem, którego Bóg udzielił człowiekowi.

„Cóż może istnieć większego, jak móc zupełnie osobiście rozmawiać z Bogiem i żyć całkiem w Jego obecności?” (O modlitwie 34).

Bóg obdarował człowieka modlitwą, aby wynieść go ponad jego własną naturę i doprowadzić do zjednoczenia z Nim. Ewagriusz wyraża tę prawdę, sięgając do rozmaitych obrazów. Jednym z nich jest obraz aniołów. Modlitwa wynosi człowieka do poziomu aniołów. „Człowiek, który naprawdę się modli, podobny jest do aniołów” (O modlitwie 113). Aniołowie oglądają Boga dniem i nocą. Są obrazem kontemplacji, w czasie której człowiek zapomina o samym sobie. Innym obrazem jest człowiek stający się na modlitwie świątynią Boga. Bóg zamieszkuje w człowieku i wypełnia go całkowicie. Warunkiem tego jest jednak uwolnienie się człowieka od siebie. Ewagriusz wyraża to następująco: „Masz potrzebę modlitwy? Oddaj zatem wszystko, a wszystko będzie ci dane” (O modlitwie 36). Bóg może udzielić się jedynie człowiekowi, który stał się wolny od siebie samego, który uwolnił siebie samego i swoje myśli.

Swoją naukę o modlitwie rozwija Ewagriusz na kanwie rozważań o kontemplacji. Kontemplacja jest dla niego stanem modlitewnym, w którym człowiek nie rozmyśla już o Bogu, w którym uwalnia się od obrazów i uczuć dotyczących Boga. Jeśli bowiem patrzę na obraz Boga, wtedy zatrzymuję się na tym obrazie. Kiedy zaś zatrzymuję się na uczuciach, wtedy – twierdzi Ewagriusz – wchłaniam dym zamiast ognia. Modlitwa zaś oznacza zjednoczenie z Bogiem, ogniem. Oznacza, że sam staję się płomieniem, zamiast z oddali przyglądać się dymowi. Dlatego Ewagriusz upomina nas nieustannie, abyśmy pozostawili za sobą swoje obrazy i wyobrażenia o Bogu. Te obrazy i wyobrażenia są bowiem produktem naszej własnej psychiki. Kiedy troszczymy się o nie, pozostajemy uwięzieni wewnątrz naszych ludzkich granic. „Czuwaj nad tym, abyś podczas modlitwy nie był przywiązany do żadnego wyobrażenia, abyś jedynie trwał w głębokim milczeniu. Tylko w ten sposób On, który jest miłosierny wobec niewiedzących, nawiedzi tak mało znaczącego człowieka jak ty i obdarzy cię największym z darów – modlitwą” (O modlitwie 69). W samym tylko milczeniu przekraczamy własne granice i stajemy się jedno z Bogiem.

 

ludzkie granice, wspólnota

Milczenie

Wydaje się nam może, że to proste, stać w milczeniu przed Bogiem. A jednak milczenie jest trudną drogą. Wtedy bowiem, dopiero kiedy zaczynam milczeć, spotykam samego siebie. Wtedy hałas moich myśli zaczyna mnie niepokoić. Wtedy wiele rzeczy ujawnia się we mnie. Milczenie prowadzi w trzech etapach do zjednoczenia z Bogiem. Pierwszy etap polega na spotkaniu samego siebie. W milczeniu rozpoznaję to, co we mnie tkwi. Mam to jednak nie tylko rozpoznać, ale również pojednać się z tym, przyjąć to wszystko, co we mnie jest. Drugi etap polega na uwolnieniu się. Widzę to, co się we mnie ujawnia i pozostawiam to na boku. Mogę się uwolnić tylko od tego, co przyjąłem, zaakceptowałem. Trzeci etap milczenia polega na zjednoczeniu się z Bogiem. Dokonuje się to tylko przez moment. Z czystym milczeniem mamy wtedy do czynienia, kiedy zamilkną myśli. Wtedy mogę zjednoczyć się z Bogiem. Myśli nie przeszkadzają w relacji między mną a Bogiem.

Zjednoczenie z Bogiem w milczeniu może dokonać się w dwojaki sposób. Mogę stanąć przed Bogiem i po prostu na Niego spoglądać, jak czyni to dwoje kochających się ludzi, którzy poglądają na siebie i w milczeniu się jednoczą. Panuje wtedy bardzo intymna cisza, milczenie przed Bogiem, który z miłością na mnie spogląda. W tym pełnym miłości spojrzeniu uspokajam się wewnętrznie. Wtedy jednam się z samym sobą i przeżywam jednocześnie zjednoczenie z Bogiem, przed którym stoję. Druga droga polega na wejściu w wewnętrzną przestrzeń milczenia, o której mówi mistyka. Jest to owa przestrzeń ciszy, która jest we mnie. Nie potrzebuję jej tworzyć. Ona już jest. Zbyt często jestem jednak od niej odcięty. Tam mieszka we mnie Bóg. Kiedy dotykam tej wewnętrznej przestrzeni ciszy, jednoczę się z Bogiem, który we mnie mieszka. Tam, gdzie mieszka we mnie Bóg, nie ma miejsca na moje myśli, tam nie są w stanie dotrzeć ludzie z ich ocenami i osądzaniem, ludzie z ich oczekiwaniami i życzeniami nie mają tam władzy nade mną. Nie może tam również dotrzeć mój wewnętrzny niepokój. Wszystko tam staje się jednym: Bóg i ja sam, świat i ja, Bóg i świat. Ale owo przeżycie tego pełnego zjednoczenia jest możliwe tylko w ułamku sekundy. Później znika. Zostaję wtedy ponownie skonfrontowany ze swoim niepokojem i własnymi myślami. Jestem w obrębie własnych ludzkich granic.

 

Zaufanie Bogu

Modlitwa, powiada Ewagriusz z Pontu, prowadzi do zaufania:

„Kiedy naprawdę się modlisz, wtedy rodzi się w tobie głębokie uczucie zaufania. Aniołowie będą ci towarzyszyli, objawiając sens całego stworzenia” (O modlitwie 80).

Sama modlitwa jest już wyrazem zaufania. W modlitwie to zaufanie Bogu również wzrasta. Wielu ludzi modli się o to, by Bóg udzielił im tego zaufania. Wydaje się im, że Bóg powinien obdarować ich nim z zewnątrz. Zaufanie jednak musi wzrastać. Wzrasta kiedy się w nim ćwiczymy. Z zaufaniem do Boga jest tak, jak z zaufaniem do człowieka. Kiedy ufam człowiekowi, rośnie moje zaufanie do Boga. Kiedy jednak nie mam do kogoś zaufania, zamykam się w sobie. Mogę wtedy nawet bardzo prosić o to, abym potrafił zaufać. Jeśli nie potrafię udzielić drugiemu człowiekowi najmniejszego kredytu zaufania, nigdy nie zrodzi się ono we mnie.

Ufność Bogu uwalnia mnie od przepełnionego lękiem kurczowego trzymania się samego siebie. Nie oznacza ona jednak, że wszystko będzie dla mnie miało pomyślny koniec, że Bóg uchroni mnie przed wszystkimi problemami. Byłoby to bardzo naiwne podejście do zaufania. Zaufanie oznacza raczej: nie mam żadnej gwarancji, że wszystko mi się uda, że w moim małżeństwie nie będzie problemów, że będę zawsze zdrów, że nie spotka mnie żaden nieszczęśliwy wypadek. Jednak Bóg nigdy nie wypuści mnie ze swoich rąk. A temu, co we mnie najistotniejsze, nie może się nigdy nic złego przytrafić. Ponieważ moje prawdziwe ja jest w pełnym dobroci ręku Boga. Nawet śmierć nie jest w stanie mnie z niej wyrwać. Jestem w pełnym dobroci ręku Boga nawet w chorobie czy w śmierci. Muszę to zawsze mieć przed oczyma, wtedy moje zaufanie będzie rosło.

Zaufanie nie oznacza, że nie będzie we mnie więcej żadnego lęku. Niektórzy sądzą, że chrześcijaninowi nie wolno się nigdy lękać. Musi on całą swoją ufność pokładać w Bogu. Wtedy lęk zniknie. Jest to jednak brak realizmu. Zawsze poruszamy się pomiędzy tymi dwoma biegunami: lęku i zaufania. Zaufanie jest zawsze kolejnym przezwyciężeniem lęku. Nie dzieje się to jednak poprzez wyparcie lęku, ale poprzez przyjęcie lęku i pozwolenie sobie na strach. Wtedy mogę z moim lękiem wejść w kontakt i porozmawiać. Mimo całego mego zaufania, ciągle jeszcze lękam się wypadku czy ciężkiej choroby. Przeciwstawianie się temu lękowi nie ma sensu. Wtedy byłbym skoncentrowany na swoim lęku. Rozmawiam z moim lękiem, zdaję sobie pytanie, jaki on właściwie jest i czego dotyczy. Mogę wtedy przyznać: tak, boję się. Jednocześnie wiem, że wraz z moim lękiem trwam w Bogu. Wyobrażam sobie, że spotyka mnie to, czego tak się lękam, na przykład, że mam raka. Wtedy przedstawiam ten swój lęk Bogu. Rozmawiam z Bogiem o tym lęku. Wtedy na gruncie mego lęku wyrasta głębokie zaufanie, że również wtedy pozostanę w ręku Boga, że długość mego życia jest czymś względnym.

Jeśli przestanę walczyć ze swoim lękiem, może on ulec przemianie w głębokie zaufanie. Na gruncie własnego lęku nie wpadam w jakąś przepaść, lecz w rzeczywistość Boga. Tam na samym dnie, gdzie już nie mam niczego, Bóg trzyma mnie pełen dobroci w swoim ręku. Uwalnia mnie to od własnej presji, jaka każe mi przezwyciężać każdy lęk, że jako wierzący chrześcijanin nie powinienem się bać. Boję się i pozwalam mojemu lękowi doprowadzić się do Boga. Wtedy mój lęk doprowadza mnie do głębokiego zaufania, którego nikt już nie będzie mógł mi odebrać. Na gruncie własnego lęku udało mi się przekroczyć własne granice i dojść do Boga. I tam ufając Bogu, jestem bezpieczny.

 

Ludzkie granice

Nasze ludzkie granice przekraczamy nieodwracalnie dopiero w śmierci. Wszelkie drogi życia duchowego, w których się ćwiczymy, doprowadzą nas jedynie do krótkich chwil, w których nagle stajemy się wolni od nas samych, w których czujemy się bezpieczni w Bogu, odczuwając w sobie głębokie zaufanie. Jednak już w następnej chwili zostaniemy skonfrontowani z naszymi ludzkimi granicami. Wydawało się nam, że teraz nikt już nie może pozbawić nas naszego zaufania. Jednak w następnym momencie już dopada nas nasz lęk. I nawet najgłębsze zaufanie, którego właśnie doświadczyliśmy, nie jest w stanie powstrzymać tego lęku. Tylko wtedy, gdy zaakceptujemy fakt, iż tu na ziemi zawsze poruszamy się pomiędzy dwoma biegunami: lękiem i zaufaniem, pomiędzy naszymi ludzkimi ograniczeniami a Boską nieskończonością, oddajemy sprawiedliwość naszej egzystencji w obliczu Boga. Jeśli zaakceptuję przeciwności tkwiące w mojej ludzkiej naturze, pośród lęku pozostanie mi jeszcze ufność, że trzyma mnie Boża ręka. Wtedy zdam sobie sprawę z tego, że kiedy cierpię z powodu swoich ludzkich ograniczeń, pozostaję jako ten ograniczony człowiek w Bogu. Bóg będzie mnie nieustannie zaskakiwał i obdarzy mnie doświadczeniem przekroczenia swoich własnych granic bycia przez moment w Bogu. Zobaczę, co czeka mnie w wieczności. Teraz staje się wiecznością. Ten moment, w którym pogrążony jestem całkowicie w Bogu, jest przedsmakiem wieczności. Tam zniesione zostają granice i niebo staje przed nami otworem. Jednak na zawsze niebo otworzy się dla mnie dopiero, kiedy przez śmierć całkowicie wejdę w Bożą Miłość, pozostawiając za sobą wszelkie ludzkie granice.

o. Anselm Grün OSB,
benedyktyn z opactwa w Münsterschwarzach, rekolekcjonista, kierownik duchowy, autor licznych publikacji z zakresu życia duchowego. W listopadzie 2002 roku poprowadzi po raz drugi sesję formacyjną w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie.

Tłumaczył z języka niemieckiego Andrzej Marniok

Zdjęcia: pixabay.com

Reklamy
%d blogerów lubi to: